Przyszlas w koncu jesienna auro.
Marszczylo się morze, marszczylo. Markize
nam niepokoil wiatr. Jeszcze wczoraj siedzialysmy z beba o zachodzie slonca i
sluchalysmy „A love supreme” John’a Coltrane’a. Przez firanki przebijaly
promienie ogrzewając meble swiatlem jak spod pomarańczowego klosza. Caly
weekend nad zatoka przewijaly się tlumy. Kręcili kolejna hollywoodzka produkcje
„Two Faces of January” (wiecej o filmie_kliknij) a wieczorami gdzies nad woda poniżej naszego wzgórza
przez pol nocy dudniła muzyka. Nasz dom tak ma. Znajduje się na końcu tunelu
dźwiękowego i z latarnia morska i z kocimi lbami starówki jesteśmy w linii
prostej polaczeni dzwiekowo-wizualnie. Dobrze, ze wystarczajaca przestrzen
tlumi odlgosy dorozek, które, ot ciekawostka, podobno produkowane sa w Polsce!
Niestety brak przestrzeni od strony posiadlosci naszej czarowniczej sąsiadki Pani
Stekowej przyczynia się do swietnej akustyki koncertow, które co noc jej dwa
wilczury urzadzaja z pasja i bez jakiejkolwiek swiadomosci. Pani Stekowa swiadomosc
ma, ale należy do tego rodzaju tajemniczej dla mnie psychiki, która zyje w
innej przestrzeni umysłowo-estetyczno-uczuciowej i dogadać się z nia nie da
rady za Boga. Trudno sprecyzować co na chwile obecna dolega naszej „Pani zza
plota”, ale na pewno serce to nie jest, chociaż ta twierdzi wręcz przeciwnie.
Maz chyba ma Alzheimera, psy na pewno sa niewyżyte, bo nikt z nimi na spacery
nie chodzi i sobie same wychodzą, skacząc przez plot. Pani Stekowa o sercu
swoim nam opowiada, ale ostatnio widziałam ja w okolicy jak pod wymagajaca
gorke dziarskim krokiem brnela, docelowo udając się do naszego „osiedlowego”
Lidla. Była godzina druga po południu, zar się z nieba lal. Na tym pochylym
chodniku bylam ja, dziarska trzydziestka i Pani Stekowa sunaca zwawo i
stanowczo…z tym swoim „chorym sercem”.
Wywialo nas wczoraj, poplatalo galezie
naszych drzew. Polny konik o rozmiarach mutanta w końcu się wyniosl z mojego
drzewka oliwnego. Lotr i glodomor tak mi liscie oskubal, ze z czterech opasłych
oliwek zostały mi się tylko trzy.
A dziś, w drodze z warzywniaka jak nie
lunie. Sciana deszczu przyslonila widok na wyspe Thodorou. Morze z szarego
przeszlo w kolor mleczny, a linia horyzontu dostala grafitowego odcienia.
Zaszylysmy się w domu. Spiace i glodne. Ja
i moja corka. A na glownej drodze zbierającej wszystkie strumienie z
przylegających wąskich uliczek odbywalo się sprzątanie po lecie. Deszczowka
zaprawiona glina tutejszej ziemi wartko splywala, niosąc liscie i zlobiac i tak
już wyzlobione ulice i ich przykraweznikowe części.
Przede mna, dzis już nie arbuzy wiozla
ciezarowka a drwa na opal. Ach, zaraz będą się unosic zapachy z kreteńskich
kominkow.






0 comments:
Post a Comment