Pages

Tuesday, 9 October 2012

Strefa dzwieku/strefa deszczu



Przyszlas w koncu jesienna auro. 

Marszczylo się morze, marszczylo. Markize nam niepokoil wiatr. Jeszcze wczoraj siedzialysmy z beba o zachodzie slonca i sluchalysmy „A love supreme” John’a Coltrane’a. Przez firanki przebijaly promienie ogrzewając meble swiatlem jak spod pomarańczowego klosza. Caly weekend nad zatoka przewijaly się tlumy. Kręcili kolejna hollywoodzka produkcje „Two Faces of January” (wiecej o filmie_kliknij) a wieczorami gdzies nad woda poniżej naszego wzgórza przez pol nocy dudniła muzyka. Nasz dom tak ma. Znajduje się na końcu tunelu dźwiękowego i z latarnia morska i z kocimi lbami starówki jesteśmy w linii prostej polaczeni dzwiekowo-wizualnie. Dobrze, ze wystarczajaca przestrzen tlumi odlgosy dorozek, które, ot ciekawostka, podobno produkowane sa w Polsce! Niestety brak przestrzeni od strony posiadlosci naszej czarowniczej sąsiadki Pani Stekowej przyczynia się do swietnej akustyki koncertow, które co noc jej dwa wilczury urzadzaja z pasja i bez jakiejkolwiek swiadomosci. Pani Stekowa swiadomosc ma, ale należy do tego rodzaju tajemniczej dla mnie psychiki, która zyje w innej przestrzeni umysłowo-estetyczno-uczuciowej i dogadać się z nia nie da rady za Boga. Trudno sprecyzować co na chwile obecna dolega naszej „Pani zza plota”, ale na pewno serce to nie jest, chociaż ta twierdzi wręcz przeciwnie. Maz chyba ma Alzheimera, psy na pewno sa niewyżyte, bo nikt z nimi na spacery nie chodzi i sobie same wychodzą, skacząc przez plot. Pani Stekowa o sercu swoim nam opowiada, ale ostatnio widziałam ja w okolicy jak pod wymagajaca gorke dziarskim krokiem brnela, docelowo udając się do naszego „osiedlowego” Lidla. Była godzina druga po południu, zar się z nieba lal. Na tym pochylym chodniku bylam ja, dziarska trzydziestka i Pani Stekowa sunaca zwawo i stanowczo…z tym swoim „chorym sercem”.

Wywialo nas wczoraj, poplatalo galezie naszych drzew. Polny konik o rozmiarach mutanta w końcu się wyniosl z mojego drzewka oliwnego. Lotr i glodomor tak mi liscie oskubal, ze z czterech opasłych oliwek zostały mi się tylko trzy. 

A dziś, w drodze z warzywniaka jak nie lunie. Sciana deszczu przyslonila widok na wyspe Thodorou. Morze z szarego przeszlo w kolor mleczny, a linia horyzontu dostala grafitowego odcienia. 

Zaszylysmy się w domu. Spiace i glodne. Ja i moja corka. A na glownej drodze zbierającej wszystkie strumienie z przylegających wąskich uliczek odbywalo się sprzątanie po lecie. Deszczowka zaprawiona glina tutejszej ziemi wartko splywala, niosąc liscie i zlobiac i tak już wyzlobione ulice i ich przykraweznikowe części. 

Przede mna, dzis już nie arbuzy wiozla ciezarowka a drwa na opal. Ach, zaraz będą się unosic zapachy z kreteńskich kominkow.

0 comments:

Post a Comment