Pages

Saturday, 29 September 2012

Dziedziczka na Limanach



Szybko!  Butelka, smoczek, czapka, kocyk i wychodzimy. Spacer i wyjście na ten spacer z dzieckiem dwumiesięcznym to jest wyzwanie. Makijaz? Jaki makijaż? Pierwsza lepsza spodnica na dupe, przewiewna bluzka niezbyt napieta na plecach co by przy przenoszeniu całego bagażu: torby z dobytkiem i wozka , nie popekala w szwach. 

Wyszlysmy! Uff! 

Pozno już jest, ale slonce jeszcze do nas mruga.

Rano wciąż jeszcze za dużo tych promieni i dziedziczka, po ostatnim przyrumienieniu, w godzinach przedpołudniowych i wczesno lunczowych pozostaje w domu. 

Wyjscie odbywa się zawsze przy opracowanej wcześniej strategii. Trzeba się wstrzelić w ten moment, ze glodna już nie jest, kupka zrobiona, a na malej twarzyczce panuje względny spokoj. Inaczej nigdy się człowiek nie uwolni od blednego kola: cyc, siusiu, kupka, znowu cyc bo już minely 2 godziny i znowu zglodnialysmy. 

Na Limany (bo tak spolszczona, zreszta malo zgrabnie, nazwa odnosi się do greckiej Limani/ Λιμλάνη – zatoki), na starowke mamy niecale 15 minut samochodem. Rzut beretem jeśli nie ma zbytniego ruchu. 

Mialysmy jechać do lasu przy Swietych Apostolach, ale pora posiłku nam się przeciagnela, a w miedzy czasie slonce już szybko zaczelo zachodzić. Godzina 19:00 to juz nie na spacer na lonie natury. Stad wybor padl na wenecko-tureckie zabudowania zatoki. 

Wszystkie restauracje ustawione frontem do latarni wciąż jeszcze probuja ciagnac pelna para. Przed kazda stoi naganiacz i opowiada historie niestworzone, albo po prostu zaprasza do srodka. W jednej gra sympatyczna grecka muzyka, w tej drugiej obok probuje ja zaglusic stary dobry hit „ Voulez vous couchez avec moi!”. 

Zaraz za rogiem, na winklu morskiego muzeum siedzi sobie pani, o bardzo ciemnym kolorze skory, co w Ameryce by się nazwalo Afro-Amerykanskiego pochodzenia i reklamuje plecenie warkoczy. Tuz obok para dzieci, cygańskich, spiewa po grecku w rytm akordeonu i bębenka. Calkiem niezle im to idzie, musze przyznać. 

Dziecko mi nie spi. Przymknela oczy na kwadrans i się wyspala. Teraz, az się wyrywa z ciekawości co tam się dzieje, ale jej glebokie siedzenie wozka przyslania perspektywy.
Na lawkach siedza babcie i dziadkowie. Licze i się uśmiecham. Szesc babc i dwóch dziadkow zajmuja tylko dwie lawki. Pokurczeni, ubrani na czarno, na tych dwoch lawkach wygladaja groteskowo i przytulnie. Babcie cos mrucza, ale dziadek ma donośny glos i przechodząc słyszymy, ze go telewizja nie bawi, bo jak tyko siada przed telewizorem to od razu usypia. 

Zawracamy. Leci dwóch dziadkow. Jeden czestuje drugiego smacznymi greckimi sucharami. 

Do wozka zagladaja babcie i krzycza „Kukla, kukla”(κούκλα – z grec. „Lalka”, jeden z najbardziej popularnych greckich komplementów, w ramach rozsądku składany urodziwym kobietom, w ramach braku rozsądku, często składany paniom o zbytniej tuszy i bardzo przeciętnej urodzie – chyba tak na pocieszenie, żeby los oszukać!...tu się sama do siebie smieje!) 

Dobija dziewiata. Ewakuujemy się rześkim krokiem do samochodu. Wszystkie manewry wozkiem wychodzą nam bardzo profesjonalnie i beba jest spokojna. Tylko w oku czai się zapowiedz późniejszego radaru. Tak…to już po godzinie kiedy powinnysmy zakonczyc kapiel.

Jutro tez podejmiemy probe spaceru! 

Kalinihta!

0 comments:

Post a Comment