Na poczatku byly greckie zabobony
–przesady, ze takiego niemowlaka to na oczy innych nie wystawia sie do 40 dni
po narodzinach.
Potem się okazało, ze Pani pediatra, z
punktu medycznego (choć podejrzewam, ze rowniez z kosciolem i starymi greckimi
wierzeniami w szranki nie chce wchodzić) potwierdzila, ze taki dzidziuś to
lepiej niech sobie tylko pod okiem mamusi i tatusia podrośnie przez te 40 dni.
I duchowo i naukowo przekonywano nas, ze
ta magiczna czterdziecha dziecko nam odmieni.
Bywa, ze przesądni jesteśmy (a w Grecji
trudno nie być), Pani pediatra tez zdobyla nasze zaufanie i przetrzymaliśmy
dziedziczke jak nam serce i rady mowily.
Cos w tym jest. Pewnie strach tez jest, ze
jak ci się dziecko dobrze chowa, to po co los kusic? Potem się problem pojawia
jak te ochronne dni mina i powoli trza do ludzi, a tu się człowiek przyzwyczail
do zony bezpieczeństwa w której krąza tylko znane
i okiełznane bakterie, a nie jakies tam obce oddechy i bakteryjne intruzy.
Ten miesiąc z ogonkiem to jednak dziwny i
wrażliwy czas. My się oswajamy z bebą, ona
się oswaja z otaczającym ja swiatem. I rosnie, i je więcej, i robi się taka
konkretna (w sensie cielesnym, no bo jeszcze nie werbalnym), ze czuc jak się ja
bierze na rece.
Az tu nagle stuknela „czterdziestka” i
poszliśmy na kontrole. Dziedziczka spokojna i średnio ruchliwa do momentu kiedy
jej nie zdjęto pampersa. Wtedy się zdenerwowala i jak to u niej w nerwach w
zwyczaju, obsikala Pani doktor kozetke bardzo sporym strumieniem. Potem już się
nie hamowala i zaczela krzyczeć na całego, a racje miała, bo glodna była.
Wsunela porcje cieszaca oko rodzicow i zasnela snem.
A jak tak spala to po tych długich
tygodniach pierwszy raz odwazylismy się na kawe nad zatoka.
Wieczorem zas mielismy wizyte w naszym
Chalepianskim kościele. Dziedziczka, tak na wszelki wypadek, dla odpędzenia
złych mocy, została oddana w rece naszego dzielnicowego popa, na male
blogoslawienstwo.
Pierwsza jazda z mama i pierwsze mocowanie
samochodowego fotelika. Zanim doszlysmy do bram kościoła, z wrazenia, z
przesadnej koncentracji, z wysiłku pot skapywał mi z każdej części ciala –
nawet z lydek ( a każdy wie, ze na lydkach to trudno się zgrzać).
Potem były sławne w Grecji wszędobylskie
schody. Podnosilysmy, opuszczalysmy wozek, taka „swieta gimnastyka”. Dziecko
spalo, wyjątkowo zdecydowalo się na smoczek i bez lez oddalo się w rece
proboszcza. A ten, facet młody i dziarski, zwinnym ruchem i krokiem przejal
mala z rak mamy i powedrowal do ołtarza. Wiadomo, ze w prawosławiu, za ikonostas,
panie, damy, kobiety ogolnie, wstep maja zabroniony. Tak się jakos przyjelo, w
wielu kulturach i religiach z mniejszym lub większym natężeniem, ze kobieta to
„stworzenie” nie czyste. Az mi dech zaparlo kiedy pop z mala zniknal za
ikonostasem. Szkoda, ze spala, bo to pewnie pierwsza i ostatnia okazja, żeby
sobie pozagladac za cerkiewna kurtyne.
Modly zostały odprawione, mama przed
ołtarzem odebrala dziecko z rak popa, a potem z ulga, ale tez na wszelki
wypadek z chroniącym okiem dyndającym na dachu wozka, ruszylysmy Chalepianskimi
uliczkami na przygodę.
Piekny to był wieczor.






0 comments:
Post a Comment