Pages

Friday, 14 September 2012

40 dni minelo…


Na poczatku byly greckie zabobony –przesady, ze takiego niemowlaka to na oczy innych nie wystawia sie do 40 dni po narodzinach. 

Potem się okazało, ze Pani pediatra, z punktu medycznego (choć podejrzewam, ze rowniez z kosciolem i starymi greckimi wierzeniami w szranki nie chce wchodzić) potwierdzila, ze taki dzidziuś to lepiej niech sobie tylko pod okiem mamusi i tatusia podrośnie przez te 40 dni. 

I duchowo i naukowo przekonywano nas, ze ta magiczna czterdziecha dziecko nam odmieni. 

Bywa, ze przesądni jesteśmy (a w Grecji trudno nie być), Pani pediatra tez zdobyla nasze zaufanie i przetrzymaliśmy dziedziczke jak nam serce i rady mowily. 

Cos w tym jest. Pewnie strach tez jest, ze jak ci się dziecko dobrze chowa, to po co los kusic? Potem się problem pojawia jak te ochronne dni mina i powoli trza do ludzi, a tu się człowiek przyzwyczail do zony bezpieczeństwa w której krąza tylko znane i okiełznane bakterie, a nie jakies tam obce oddechy i bakteryjne intruzy. 

Ten miesiąc z ogonkiem to jednak dziwny i wrażliwy czas.  My się oswajamy z bebą, ona się oswaja z otaczającym ja swiatem. I rosnie, i je więcej, i robi się taka konkretna (w sensie cielesnym, no bo jeszcze nie werbalnym), ze czuc jak się ja bierze na rece. 

Az tu nagle stuknela „czterdziestka” i poszliśmy na kontrole. Dziedziczka spokojna i średnio ruchliwa do momentu kiedy jej nie zdjęto pampersa. Wtedy się zdenerwowala i jak to u niej w nerwach w zwyczaju, obsikala Pani doktor kozetke bardzo sporym strumieniem. Potem już się nie hamowala i zaczela krzyczeć na całego, a racje miała, bo glodna była. Wsunela porcje cieszaca oko rodzicow i zasnela snem.

A jak tak spala to po tych długich tygodniach pierwszy raz odwazylismy się na kawe nad zatoka. 

Wieczorem zas mielismy wizyte w naszym Chalepianskim kościele. Dziedziczka, tak na wszelki wypadek, dla odpędzenia złych mocy, została oddana w rece naszego dzielnicowego popa, na male blogoslawienstwo. 

Pierwsza jazda z mama i pierwsze mocowanie samochodowego fotelika. Zanim doszlysmy do bram kościoła, z wrazenia, z przesadnej koncentracji, z wysiłku pot skapywał mi z każdej części ciala – nawet z lydek ( a każdy wie, ze na lydkach to trudno się zgrzać). 

Potem były sławne w Grecji wszędobylskie schody. Podnosilysmy, opuszczalysmy wozek, taka „swieta gimnastyka”. Dziecko spalo, wyjątkowo zdecydowalo się na smoczek i bez lez oddalo się w rece proboszcza. A ten, facet młody i dziarski, zwinnym ruchem i krokiem przejal mala z rak mamy i powedrowal do ołtarza. Wiadomo, ze w prawosławiu, za ikonostas, panie, damy, kobiety ogolnie, wstep maja zabroniony. Tak się jakos przyjelo, w wielu kulturach i religiach z mniejszym lub większym natężeniem, ze kobieta to „stworzenie” nie czyste. Az mi dech zaparlo kiedy pop z mala zniknal za ikonostasem. Szkoda, ze spala, bo to pewnie pierwsza i ostatnia okazja, żeby sobie pozagladac za cerkiewna kurtyne. 

Modly zostały odprawione, mama przed ołtarzem odebrala dziecko z rak popa, a potem z ulga, ale tez na wszelki wypadek z chroniącym okiem dyndającym na dachu wozka, ruszylysmy Chalepianskimi uliczkami na przygodę.

Piekny to był wieczor.

0 comments:

Post a Comment