Pages

Sunday, 1 July 2012

Wieczorowa pora...

...wieczorna kapiel, sens calodziennej egzystencji. Potrzeba ciala i duszy. Zanuzyc sie, zrzucic z barek troski, zapomniec na te pluszczace chwile o swoich i cudzych problemach.
Wieczorna kapiel to cos w rodzaju uzaleznienia. Blogoslawione niech bedzie Kretenskie lato i wyspiarskie zycie letnia pora.
Nigdy nie bylo to moja tesknota, marzeniem, dazeniem, zeby kiedys tam zamieszkac w turystycznej miejscowosci, bladzic wsrod fal, oblizywac sie po slodkim arbuzie i raczyc slonecznym pejzazem. Tak wyszlo, po drodze. Ja z charakteru nie naleze do wakacyjnych typow, kategorii “wieczny turysta”.
Dzisiaj jestem silnie przywiazana do tej mojej “wakacyjnej” rutyny. Co roku, taki mam kaprys, zmieniam plaze w zaleznosci od zmieniajacych sie preferencji. Plaza i kapiel maja byc intymne, spokojne, bez krzykow i umpa umpa dolatujacego z bambusowego beach baru i chloszczacego moje uszy.
W tym roku udaje sie na piaskowe wybrzeze w bliskiej okolicy miasta. Na lezaku siadam okolo dwudziestej. Nie kokosze sie, nie wklepuje godzinami kremow z filtrami. O tej godzinie zaden rak skory juz mi nie grozi. Ta ciaza jednak na dobre mi wyjdzie, musze przyznac. Nie jest dobrze wystawiac sie na dzialanie promieni slonecznych w osmym miesiacu. Trzeba unikac przebarwien.
Kaczym krokiem wchodze powoli, powoli, przyzwyczajajac rozgrzana skore do mokrego srodowiska. A potem nastepuje moment przelamania i lekkosc ogarnia napiete i zmeczone cialo. I tak sobie brodze, a to sie na plecach poloze a to nogami pomacham. Od czasu do czasu zerkam w strone lezaka czuwajac nad bezpieczenstwem mojej plazowej torby. Ludzi jest malo, pyk puk plazowych rakietek zamilkl wraz z zachodem slonca.
Z niechecia wychodze z wody, ale musze sie jeszcze zawiesc do domu choc morze prawie mnie uspilo.
Szybko pozbywam sie mokrego kostiumu i zarzucam marokanska suknie. Suknia jest prezentem od marokanskiego ogrodnika. Kolory ma wyraziste, kolory swiatel drogowych, ale bawelna jest mieciutka i pozwala uniknac niemilego, szorstkiego uczucia elastykow przylepiajacych sie do mokrego ciala.
Jeszcze chwile siedze upajajac sie wilgocia swiezej bryzy. Tak mi sie nie chce wracac do domowej klimatyzacji. Przed soba widze brzoskwiniowe niebo i barankowe fale zlobiace udeptany piach. Na horyzoncie kropki czarnych plywajacych glowek i czarne ludki przesuwajace sie wzdluz linii brzegowej. Drzemie sobie przez chwilke…
Juz w domu, na wpol przytomna siedze przy kuchennym stole. Na obrusie w kratke rozlozone sery, paksimadia (grec. παχιμάδια - sucharkowaty Kretenski chleb), wedlina. Glod wyssanej energii zamyka mi oczy, ale pobudza apetyt. Deserowa lyzka wylawiam zielone oliwki moczace sie w towarzystwie grubego kawalka cytryny. Bose stopy przebieraja po terakocie obsypujac resztki plazowego piasku. Dobrze, ze mnie szanowny malzonek nie widzi, bo by krzyczal i wygnal na plukanko do ogrodka. Nie jest dobrze zapiaszczone powierznie obmywac pod domowym kranem. Piasek to wrog domowej hydrauliki i domowej czystosci.
Ale jest tak pozno. Komu zaszkodza dwa ziarenka…? O dezynfekowaniu powierzchni mieszkalnej pomysle jutro.


0 comments:

Post a Comment