Pages

Sunday, 22 July 2012

Stany kanapowe


Zblizamy sie do mety kiedy to chalepianskie progi maja przywitac kolejnego czlonka rodziny ze wzgorza. W drodze od dziewięciu miesięcy jest nasza Chalepianeczka. 

Bycie w dziewiątym miesiącu ciąży, pomimo, ze jest stanem blogoslawionym, w co gleboko wierze, nie wydaje sie az takie blogoslawione kiedy dzień w dzień trzeba dzwigac kangurzy brzuch przy upale ponad trzydziestu stopni celciusza.  

Zakaz ruszania się z domu i zdrowy rosadek trzymają mnie w czterech scianach przez większość dnia. Tlumy na plazach, plany na urlop, lukrowane kremami do opalania ciala, a ja tu z wiatraczkiem na kanapie (chyba się „dziad” przegrzał bo zamiast chlodzic swiszcze mi ciepłym powietrzem koło ucha). W celu ograniczenia efektow lepnych na kanapie wyladowalo przescieradlo sto procent bawełny. 

Siedze, podnoszę się, żeby poprawić zwijajaca się narzute i znowu zasiadam. Potem przenosze się do sypialni, ze szczelnie pozamykanymi oknami i roletami, gdzie huczy „wiatr” z klimatyzatora. Zamykam oczy i udaje, ze spie. Jedna poduszka pod glowa, druga wyprawiam akrobacje, żeby, choć odrobine podnieść obolale stopy nad poziom materaca. Obok lozka na komodzie stoi kolekcja kremow na ociezale, zmeczone nogi. Na tym etapie mogę smialo stwierdzić, ze w kwestii tej przypadlosci przejawiam wiadomości dobrej klasy eksperta. 

Nici z popołudniowej drzemki. Dzisiaj dzień nie na spanie. Co z tego, ze w nocy co dwie godziny pobudka (bez szczegolow, kto przez to przeszedł wie o czym mowa), a bladym switem dwa niewyżyte owczarki sąsiadki Stekowej podniosły taki wrzask, ze udało im się mnie wybudzić na dobre pol godziny. Szczekanie było długie i z nerwem. Przez ten hałas obudzil się kogut z sąsiedztwa i taki koncert piania i szczekania stawial na nogi co wrażliwszych chalepianskich mieszkancow. A potem zapanowala glucha cisza i spokoj do godzin porannych kiedy o godzinie osmej ten sam, a może innych kogut znowu zabral się do roboty budząc tym razem okoliczne cykady. Te natomiast, bez szans, nie zamkna się, az do mroku.  

Dzien dlugi, za goracy. Cale dwa dzbanki wody wypite, kolejny arbuz skrojony. Jeśli mowa o ciążowych smakach to chyba przez cale moje zycie nie zjadłam tylu arbuzow (i  nie lapalam w locie tylu sliskich wrednych arbuzowych pestek)! Dobrze, ze te smaki zgraly się z kreteńskim klimatem, bo zaistniałby by problem, gdyby, na przykład, mojemu „brzuchowemu” dziecku zachciało się dobrych polskich flaczków (sic!).

0 comments:

Post a Comment