Powoli serpentyny swiatel otaczaja miastowe lampy. Gdzieniegdzie zwisa z
balkonu drabina z Mikolajem-kaskaderem. Kwitnie drzewko Bozonarodzeniowe. No i
zrobilo się w końcu zimno, a w gorach nawet popruszyl snieg.
W sklepach puchy. Nie odczuwa się przedswiatecznej bieganiny. Witryny tez
jakies smutne.
Wystawy swieca tymi najbardziej oczywistymi dekoracjami. Pod Agora staje
jak zwykle, średnich rozmiarow plastikowa choinka, a w parku rozstawiają kilka
straganow, duże manekiny Dziadkow do Orzechow i egzotycznych zwierzat, no
prawie jak z szopki wziętych.
U nas już od kilku dni nadaje radio Christmas songs, stoja sniezne kule,
wisza kolorowe gwiazdy.
A mi jakos smetnie i tęskno.
Zawsze o tej porze roku serce mi się rwie do Warszawy. Do tego zgiełku i
smakow.
Mysle tez sobie o ludziach, którzy pojawili się w moim zyciu i o tych
którzy fizycznie lub psychicznie odeszli z moich kart.
Szkoda, ze z tych do odchodzą tak wielu na własne zyczenie się
unieszczesliwia. Zzera ich chciwość, skąpstwo, zazdrość. Ale niszczy tez wlasna
pasywność, lenistwo i wygodnictwo.
Sa tez ludzie dobrej woli. Trzeba mieć zawsze takiego swojego, choćby na
chwile obecna, „anioła” dla podtrzymania zdrowych zmyslow.
Mysle, ze każdy emigrant w tym okresie wyjątkowo odczuwa samotność. To taka
samotność, której bez zycia na emigracji nie można zrozumieć.
Żeby polubić swoja emigracje, trzeba polubić swoja samotność.
Ale ktoz nie ma chwil slabosci?






0 comments:
Post a Comment