Metaforycznie o koncach mozna bez konca.
Powiedzmy, ze jednak jest taki koniec, który można by potraktować nieco
bardziej ostatecznie.
Ζωή σε εμάς! Α nam niech zycie bedzie
dane!( Czasami trzeba smutno zacząć, żeby skonczyc pogodnie i pokornie…nie
mowie o tych, którzy się nigdy niczego nie ucza!)
31 grudnia:
Zbliza się południe. Zakladam czarne
rajstopy, kupuje pek białych chryzantem. Wchodze po schodach kościoła
Evagelistria. Mrzy, leje, mrzy. Tynk namieka i wygina sie tworząc betonowe
plamy. Tuz przed ciężkimi, drewniano-ozdobnymi drzwiami glownego wejścia
rozstawiony został stol z poczęstunkiem. Rzucam okiem co tam jest. Jest whiskey
i sa ciastka. Smiem myslec, ze to forma oswojenia sytuacji. Jesc, nie jem. Nie
siegam tez po kieliszek. Jakos nieswojo bym się poczula, gdybym miała teraz cos
przeklnac, a katem oka zerkac na czarna lakierowana trumne.
Nie mam doświadczenia. Pierwszy raz na tyle lat mojej przygody i mojego
zycia w Grecji i z Grecja jestem na pogrzebie. Przycupnelam sobie obok
drewnianego stojaka ze swieczkami i obserwuje co mam zrobić. Niesmialo klade na
tace co laska, biore dwie zolte swieczki, chociaż sa tez ciemno-brazowe,
mniemam, ze na takie okazje. Na codzien ich nie widuje. Ide ze spuszczona glowa
do trumny. Czarna, z biala wystajaca falbanka. Stoi na niej zdjecie zmarłej.
Rosla, przystojna blond kobieta. Zona rybaka. On z Krety, ona z tych
królewskich wysp. Wiem, ze to zdjecie ze
slubu jej syna. Na zdjęciu jest usmiechnieta, emanuje sila i dobrocia. Trumna
zakryta (Bogu dzięki). Rak. Ta odmiana ekspresowa. Miesiac i po człowieku. Nie
caluje trumny, tak jak nie caluje nigdy ikon. Nie boje się trumny, ale śmierci
bardzo. A może nawet nie tyle śmierci, co przemijania. Klade kwiaty tuz za
trumna. Macham pospiesznie mój katolicki krzyz w powietrzu i zbieram się
małymi, szybkimi kroczkami. Czuje, ze mi poliki plona. Przechodze przez srodek
cerkwi. Wiem, ze spojrzenia ciekawskich skierowane sa na mój pochylony czubek
glowy.
W 2012 ominely mnie dwa pogrzeby, ale los tak chciał, zebym i z tej okazji
pojawila się w kościele. Na poprzednich dwóch nie mogłam być i teraz stojac w
bocznej nawie wypełniam mój obowiązek obecności. I mysle o tych dwóch, których
znalam bardziej niż te blond kobiete. Mysl o nich nie opuszcza mnie od ich
śmierci.
Mysle o tym pierwszym. Czlowieku
zawodowo zaciętym, zyjacym złudzeniem kariery. Ze nie nacieszyl się życiem,
rodzina, bo tylko praca i przekonywanie do swoich racji wypelnialy jego każdy
dzień. Robil się zachlanny, nerwowy, zapominal o prostych ludzkich odruchach.
Mysle, o tym drugim. Nie poznaliśmy się wcale chociaż teoretycznie byliśmy
blisko. I zla jestem, ze odszedł a mi po nim nie pozostala marniutka pamiatka.
Na wszystkim skapil, wszystkiego zalowal. Czy był dobrym człowiekiem? Chyba nie
za bardzo szczęśliwym. Szkoda, ze go nie ma.
Był człowiek i go
nie ma.
Czy można się
czegos nauczyć po czyjejś śmierci?
Ja zawsze mysle,
ze zycie jest takie kruche i ze o tym zapominamy. Traktujemy innych jakby
zawsze tu mieli być, a my będziemy mieli zawsze czas, żeby przeprosić i wrocic.
Opętani własnymi sprawami, ogarnieci znieczulica oddalamy się od tych ważnych
spraw w zyciu, a ono się konczy i nie pyta o pozwolenie.
Początek jest
jeden a potem już czasu nie da się zatrzymać.
Kiedy patrze na
moja corke to dociera do mnie co to znaczy początek.
Lezy sobie i
uśmiecha się tymi bezzębnymi usteczkami.
Taki początek i
dla mnie i dla niej będzie tylko jeden.
Zyczymy sobie
szczęśliwego nowego! Zdrowia, zebow, mniej obrzyganych rekawow, pierwszych
krokow bez nabijania guza i żeby ci, którzy bladza zawsze do nas wracali.






hmmm... dopiero przeczytałam. piękny wpis. wszystko to prawda :) wszystko mija. ja ostatnio się uczę, żeby skupiać się na teraźniejszosci, szczególnie w relacjach z ludźmi - żeby słuchać, patrzeć, być na 100%. właśnie po to, żeby niczego nie przegapić, nie żałować. małe dzieci są tego świetnymi nauczycielami :) naturalnie wytwarzają w nas czułą uważność dla każdej chwili, zupełnie jak P. :)
ReplyDelete